CO SIĘ STAŁO W "GAZECIE POLSKIEJ"



Porachunki osobiste
("Gazeta Wyborcza", 4 luty 2006 r.)

Lead: Polski inteligent myśli tylko raz. Półinteligent - wcale.

EMOCJE

Kończąc pewien etap w życiu, czuję, że przyszła pora, by ze swych publicystycznych wycieczek wyprowadzić jakiś morał, by to całe wywijanie piórem w kwestiach ważnych oraz błahych zakończyć jakąś nauką, niekoniecznie budującą, lecz przynajmniej rzetelną i przydatną, by podzielić się z kimś, kto by chciał posłuchać, zdobytym w toku całego ćwierćwiecza doświadczeniem.

Dane mi zostało przeżyć wielkie chwile w czasach KOR i w latach "Solidarności" podziemnej. Mój "Traktat o gnidach" został przeczytany i bardzo dokładnie zrozumiany. Jarosław Kaczyński stanął w mojej obronie w piśmie "Głos", zaś Adam Michnik zabłysnął w "Zapisie" znakomitym tekstem polemicznym. "Myśli staroświeckiego Polaka" (połowa lat osiemdziesiątych) wywołały prawdziwą burzę, prawie sto polemik i recenzji w pismach podziemnych oraz na emigracji i to były niemal bez wyjątku teksty ludzi mądrych, zatroskanych, szukających prawdy; szczerze mnie to i mile zaskoczyło, oczekiwałem raczej tego, że zostanę za tę książkę zadziobany. I gdyby mnie wtedy ktoś poprosił, abym podsumował swe doświadczenia publicystyczne i powiedział, jak się w Polsce miewają poglądy, jak stoją sprawy z ich wymianą, jak przebiega ich niezbędna konfrontacja, powiedziałbym, że to się wszystko przedstawia nienajgorzej, że co prawda nie ma idealnej równowagi, widać przechyły, ciągotki do myślenia kolektywem, ale jest też przyzwolenie na odmienność, spora gotowość do s ł u c h a n i a, pewien stopień zrozumienia, iż do celu wspólnego mogą prowadzić różne drogi.

Jeszcze w przełomowym roku 1989 gotów byłbym powtórzyć te właśnie słowa. Ale późniejsze doświadczenia, kolejne książki przez jednych przemilczane, przez drugich fatalnie zrozumiane, narastające poczucie daremności, walenia grochem o ścianę, niemożności nawiązania kontaktu, w końcu zamach na "Gazetę Polską" ... ale wszystkie owe wydarzenia i przeżycia każą mi dziś spojrzeć w oczy prawdzie, która ów obraz zamąca. Poglądy miały się nieźle w epoce KOR, w latach "Solidarności" podziemnej, bo to były czasy wyjątkowe, lata totalnego zagrożenia, bezinteresownego zrywu, szlachetnej wspólnoty. Ale potem czasy zrobiły się normalne. A w czasach normalnych poglądy miewają się źle.

Ich siedliskiem ma być niby głowa, a tak naprawdę to one lęgną się w sercu. Ich natura należy niby do rozumu, a faktycznie one biorą się z emocji. By wyrazić poglądy, by wpływać na poglądy, uciekamy się do argumentów. Mamy nadzieję, że jeśli one będą nie do zbicia, oczarujemy naszego adresata i uczynimy go naszym wyznawcą. Jesteśmy w błędzie. Jeśli on już był po naszej stronie, nie potrzebne mu są żadne argumenty. Jeśli on po naszej stronie nie jest, to go tylko te nasze argumenty rozzłoszczą i to tym bardziej, im bardziej one będą "nie do zbicia". Bo mimo że poglądy mają się składać raczej z sądów niż z westchnięć, szlochów i chichotów, to żywiołem poglądów są wspomnienia, fascynacje, fobie, podświadome poruszenia duszy.

Na emocje nakładają się interesy. Czasem mieć taki pogląd a nie inny może się po prostu opłacać. Niekiedy za poglądy się nagradza. To oznacza, że inne poglądy są karane. Jakie szanse może mieć argument, który na odległość pachnie kłopotem?

Na interesy nakładają się potrzeby. Kto znalazł "klarowną" formułę, która mu rozjaśnia mroki, kto zidentyfikował sprawcę wszystkich nieszczęść tego świata, tego nie poruszą żadne argumenty, żadne fakty. Jeśli potrzebuje strasznego, krwiożerczego masona, który uwziął się na naszą umęczoną ojczyznę, to się z nim już nigdy nie rozstanie. Jeśli wygodnie mu z wizją okrutnych, waszyngtońskich "neokonserwatystów", co to pożerają żywcem dzieci z Harlemu, to ich będzie szukać aż do śmierci.

Szczególny przypadek stanowią inteligentne kobiety zaindoktrynowane przez inteligentnych facetów. Tu niepodatność na argumenty uzyskuje swą prawdziwą kulminację. Tu emocje sięgają zenitu. Facetowi już dawno odeszło, już sto razy z fanatyka, entuzjasty, wyznawcy zdążył się przemienić w sceptyka, cynika, żonkisia - a ona płonie dalej, kocha, nienawidzi, szaleje i odmienić to może już tylko ... nowy facet.

TRADYCJA

Niewrażliwość na cudze argumenty nie jest ani naszym wynalazkiem narodowym, ani szczególnym znamieniem naszych czasów. Ale to by było zbyt piękne, gdyby do tego koncertu wspomnień, fobii, fascynacji, co tak skutecznie zagłusza głos rozumu, nie dopisał kilku fałszywych nut lokalny folklor i gdyby nie wzięła go w obroty fabryka ideologicznych nowinek. W wydanym parę lat temu zbiorze przedwojennej publicystki Stefana Kisielewskiego można przeczytać artykuł, którego aktualność wręcz poraża. Tekst ukazał się w "Buncie Młodych" pod tytułem " Terroryzm ideowy". Dotyczy pewnej postawy, która, zdaniem autora, zaczyna dominować w polskim życiu publicznym. To postawa apostolska, prorocza, to punkt widzenia kogoś, kto znalazł j e d y n e rozwiązanie, klucz pasujący do wszystkiego, magiczną formułkę wyjaśniającą przeszłość i przyszłość. Towarzyszy temu rygoryzm i nietolerancja ideowa, niechęć do wolnej, krytycznej myśli, pogarda dla stanowisk odmiennych. Adept terroryzmu ideowego myśli tylko raz. Znajduje młody Kisielewski trzy główne ośrodki terroryzmu ideowego w Polsce: 1. komunizm, 2. ONR-yzm, 3. neohumanitaryzm "Wiadomości Literackich" symbolizowany przez takie postacie, jak Słonimski i Boy.

Minęło siedemdziesiąt lat, przeżyliśmy II Wojnę Światową, przeszliśmy plagę komunizmu i sowieckiej dominacji, a ideowy krajobraz znów przenosi nas w czasy tamtych lat trzydziestych. Zniknęło centrum numer jeden: jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wyparowali wszyscy w kraju marksiści. Centra numer dwa i numer trzy przetrwały, choć w postaciach odmienionych, odnowionych. ONR-yzm to dziś narodowi katolicy - będziemy ich dalej nazywać Partią Cnoty. "Wiadomości Literackie" to teraz, z grubsza biorąc, obóz poprawności politycznej; przypiszemy mu tę właśnie nazwę.

PIECZĄTKI

Zmienił się nieco format i styl. W Partii Cnoty funkcję nawiedzonego intelektualisty przejął półinteligent. W Obozie Poprawności Politycznej Boy i Słonimski znani są już raczej ze słyszenia, a rząd dusz sprawuje urocza prezenterka telewizyjna, dla której historia Europy zaczyna się w chwili, gdy Platformę Obywatelską założył Donald Tusk. Ale główny rys wspólny obu tych formacji pozostał. Mają charakter mniejszościowy, nie rządzą - a posiadają na bieg wydarzeń znaczny wpływ. Przysługuje im moc trzymania w szachu jednostek, a także całych ludzkich grup. Mają w ręku pewne ważne pieczątki. Służą one do wystawiania cenzurek, bez których życie staje się piekielnie trudne. Partia Cnoty wystawia świadectwo moralności, potwierdza prawidłowość pochodzenia, bada stopień miłości do ojczyzny. Obóz Poprawności Politycznej sprawdza przyzwoitość, elegancję, prawidłowość decyzji w wyborach. Negatywna opinia Partii Cnoty oznacza, że zostajesz Żydem, masonem bądź też agentem międzynarodowej finansjery. Krytyczna ocena Obozu Poprawności Politycznej lokuje cię wśród wieśniaków, staruszek oraz entuzjastów dyktatury.

ŻYWIOŁY

Żywiołem Partii Cnoty jest p o d e j r z e n i e. Od podejrzeń nie jest wolny nikt. Rzecz w tym, że groźny jest wprawdzie mason, ale od masona właściwego, jawnego, już zdemaskowanego przez naród jeszcze groźniejszy jest kryptomason, mason zakonspirowany, ukryty, udający prawdziwego Polaka. Wkręca się on perfidnie do organizacji niepodległościowych, wymachuje kombatancką legitymacją, a jak poskrobać, to wychodzą na jaw takie kwiatki, że współpracował kiedyś z KOR, znał Jacka Kuronia i czytywał Leszka Kołakowskiego. Zagrożenie zmusza do czujności. Kto ma pilnować kogo? Rzecz jasna większy radykał mniejszego. Stwarza to wymarzoną sytuację dla ludzi znikąd. W PRL siedział jak mysz pod miotłą - dziś przelicytowuje w antykomunizmie samego Józefa Mackiewicza. Kiedyś handlował walutą - teraz żąda powszechnej lustracji. Liczą się tylko słowa. Wielkim Polakiem zostaje się, luksusowo, za gadanie; jeśli niegramatyczne, to tym lepiej. Podzielam poglądy polityczne (gospodarcze już mniej) Jarosława Kaczyńskiego, cenię jego odwagę, ale gdy dochodzi do tego, że człowiekowi takich talentów i takich zasług świadectwo moralności wystawia dziś biznesmen w sutannie, ale gdy w y ż s z o ś ć musi teraz szukać wsparcia n i ż s z o ś c i, to znak, iż sprawy zaszły już daleko. Terror ideowy Partii Cnoty zbiera żniwo.

Żywiołem Obozu Poprawności Politycznej jest p y c h a. "Jesteśmy lepiej ubrani, lepiej wykształceni, mamy poglądy eleganckie, stanowimy wyższą warstwę kraju". Poprawność polityczna narodziła się jako szlachetny odruch serca w krajach, które mają na sumieniu dominacje kolonialną, niewolnictwo czy też segregację rasową, stała się jednak szybko sposobem na życie nawiedzonych naprawiaczy świata, samozwańczych cenzorów opętanych ideą narzucenia wolnym społeczeństwom czynowniczych rygorów, obowiązkowych poglądów, obowiązkowych emocji, obowiązkowego ("demokratycznego") języka. My wciąż jakoś się trzymamy. Wolno nam jeszcze obchodzić Boże Narodzenia (a prezydentowi Bushowi już nie). Mam ciągle prawo siusiać na stojąco (co podobno ma być w Szwecji zabronione, jako że panie muszą robić to inaczej). Ale terror stadnego myślenia daje się już potężnie we znaki. Parę miesięcy temu były u nas wybory, najpierw jedne, potem drugie. Doszło do kompromitacji sondaży. Trafiły jak kulą w płot. Okazało się, że ludzie, pytani o preferencje wyborcze, bardzo często mówili nieprawdę. A dlaczego? Bo się odrobinkę bali: myśleli, że jak się wygadają, to mogą być kłopoty. A dlaczego tak właśnie myśleli? Bo oglądali telewizję i z tego, co tam usłyszeli, zrozumieli, że jak kto zagłosuje na tę ich partię, to jest ze wsi, nie skończył szkoły i nosi dziurawe skarpetki. A być może nawet przyszło im do głowy, że "będą zapisywać", znaczy: "Oni". Stronnicze media zdarzają się w najlepszych krajach. Tylko, że Polska to jest wciąż kraj specjalny, społeczeństwo tu jest postchłopskie i wycwanione w czasach PRL. Ludzie tu są nieufni, ostrożni, przyuczeni trzymać język za zębami. To prawda, że idol uroczej telewizyjnej prezenterki z wdziękiem się uśmiecha i nosi piękne krawaty. Ale jak ma się ta Polska telewizyjna, lukrowana, ustrojona do Polski realnej, w której tylu ludzi wciąż się b o i? I jak można dyskutować z krawatem?

SYNDROMY

Terror ideowy posługuje się żandarmerią bądź policja. Żandarmeria egzekwuje czystość w Partii Cnoty. Policja pilnuje poprawności w Obozie Poprawności Politycznej. Trudno sprostać surowym wymaganiom tych organów. Żandarmeria wciąż zaostrza regulamin, policja coraz nowe obszary życia włącza do strefy bezpieczeństwa. Trzeba mieć się stale na baczności, tym bardziej, że oprócz poglądów posiadanych są jeszcze poglądy p r z y p i s a n e!

Poglądy nie chadzają osobno. Poglądy poukładane są w syndromy. A oczekiwania wobec poglądów jeszcze bardziej poukładane są w syndromy. Jeśli myślisz, że A, to znaczy, że również sądzisz, iż B, jeśli sądzisz iż B, to rzecz jasna jesteś za C ... Tak to w każdym razie widzi żandarmeria. Tak to również rozumie policja. Kto ma syndrom poglądów nietypowy, osobny, odlotowy, kto nie przyjął żadnej z dwóch zbitek obiegowych zadekretowanych przez ideowy terroryzm, temu biada: będzie miał na karku żandarmerię i policję naraz.

I to jest właśnie mój przypadek. Moje poglądy nie układają się w obraz "klarowny". Moje poglądy jakoś dziwnie nie trzymają się kupy. Sympatyzowałem z Janem Olszewskim oraz Jarosławem Kaczyńskim, wobec tego wolno było oczekiwać, że mi na sercu leży los "najbiedniejszych". A ja jestem zdecydowanym liberałem, entuzjastą Hayeka, Friedmanna, Reagana oraz naszej pani Zyty Gilowskiej. Nie zostawiłem suchej nitki na nowojorskim rabinie, który urządzał awantury w kościele i ktoś zdaje się pomyślał, że będę atakował polskich Żydów. A ja jeszcze w roku 1993 zażądałem, aby im zwrócono własność zagarniętą przez Niemców i komunistów. Byłem przeciw uwłaszczeniu nomenklatury, przeciw wybielaniu autorów stanu wojennego, przeciw wchodzeniu solidarnościowych ugrupowań w sojusze ze spadkobiercami PZPR i powinienem wobec tego trąbić, że Okrągły Stół to była zdrada. A ja nie sądzę, że Okrągły Stół to była zdrada, rozumiem i doceniam ten kompromis. W roku 1992 popierałem - jako niezbędną dla bezpieczeństwa kraju - lustrację macierewiczowską, selektywną, ograniczoną do kilkudziesięciu najważniejszych osób w państwie. Zostałem z tej racji uznany za potwora wszechczasów i wolno było oczekiwać, że gdy teraz prawie wszyscy żądają lustracji powszechnej obejmującej radców prawnych, sołtysów, kasjerów, piekarzy i ślusarzy, to wpadnę w entuzjazm. A ja nie wpadłem w entuzjazm: nie rozumiem, na co komu lustracja Jana Kowalskiego i to jeszcze w sytuacji, gdy jego oficerowie prowadzący, nadzorcy tych oficerów prowadzących z SB i nadzorcy tych nadzorców z KC PZPR brylują w biznesie i w życiu publicznym, mądrzą się na temat lustracji i śmieją się z nieszczęśników, których ma się teraz obdzierać ze skóry. Pełna suwerenność narodowa stanowi dla mnie wartość, której nie da się przeliczyć na dolary, i powinno być tak, że położę się Reytanem przeciw naszemu wejściu do UE. A ja byłem - proszę, cóż za niespodzianka! - za.

BETON

Poglądy chadzają w syndromach. Ale poglądy mają jeszcze jeden kłopot: gdy tylko wyskoczą z jakiejś głowy, zaraz pakuje się je do słoików z formaliną, poddaje mumifikacji, utrwala w stygnącym betonie. Żandarmeria i policja bardzo nie lubią, gdy poglądy ulegają transformacji. Polak ma prawo myśleć tylko raz. Jeśli pomyśli po raz drugi, oznaczać to będzie albo zdradę, kapitulację przed wszechobecnym masonem, albo haniebny akt nieprzyzwoitości, niesolidarności i nielojalności wobec Niusia, Pusia i Rysieńka.

I to jest również mój przeklęty przypadek. Zdarzało mi się w publicystycznych wycieczkach popełniać błędy, chwalić pod niebiosa bądź potępiać zbyt pochopnie, zapędzać się, ciągnąć niektóre wątki zbyt zawzięcie, ale udawało mi się również czasem trzeźwieć, reagować na zmieniający się krajobraz, rewidować własne sądy. Broniłem zawsze zasług Romana Dmowskiego dla odzyskania przez Polskę niepodległości i w latach osiemdziesiątych a potem jeszcze na początku dziewięćdziesiątych wydawało mi się, że - pod warunkiem, iż nie pokieruje tym dzicz - będzie uzasadnione i właściwe wykrystalizowanie się dziś w Polsce, wśród innych partii, liczącej się formacji narodowej. Gdy zobaczyłem narodowych katolików w akcji, włosy stanęły mi na głowie i wytoczyłem przeciw nim najcięższe działa. W pierwszych latach III RP polską scenę polityczną kształtowały dwa główne podziały: pierwszy na tle oceny PRL, drugi według stosunku do liberalnych zasad w gospodarce. W połowie lat dziewięćdziesiątych doszedł do tych podziałów podział trzeci: z Ameryką, z Europą czy przeciw nim? Nie miałem najmniejszych wątpliwości. Polska musi iść z Zachodem. Ale cóż to dla mnie oznaczało? Że z "Gazetą Wyborczą", z którą przedtem byłem w niezwykle ostrym sporze, jestem po tej samej stronie barykady w ważnej batalii narodowej. Czyż mogłem zignorować ten fakt? Czyż mogłem nie wyciągnąć z niego wniosków? Tak powstał grunt pod zmianę tonu moich tekstów. Tak mogłem znów rozmawiać z ludźmi, z którymi byłem razem w latach KOR. Tak żandarmeria zaczęła podejrzewać moją zdradę, zaś policja wytrzeszczyła oczy ze zdumienia. W pierwszych latach III RP byłem skrajnie rozczarowany i zawiedziony. Malowałem obraz Polski w czarnych barwach. Roztaczałem ponure perspektywy. Ale oto zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Zostajemy przyjęci do NATO. Czyż mogłem wreszcie nie przyjąć do wiadomości, że mimo wszystkich błędów, wszystkich draństw osiągnęliśmy w tej III RP więcej niż mogło nam się kiedykolwiek wcześniej śnić? Czyż mogłem pozwolić na to, aby znaleźć się w chórze tych, którzy te kilkanaście lat cudem uzyskanej wolności widzą jako najczarniejszy okres w naszych dziejach? Tak zacząłem rozumieć, że nazbyt wyśrubowane wymagania mogą czasem prowadzić do destrukcji. Tak nauczyłem się cieszyć z tego, co się ma.

Ale żandarmerii do śmiechu nie było.

EPILOG

Gdy w życiu publicznym przestają się liczyć argumenty, gdy podejrzenie zajmuje miejsce myślenia, gdy pycha staje się odpowiedzią drugiej strony, wówczas kłamstwo uzyskuje wymarzone pole do popisu. W zamachu na "Gazetę Polską", w którym, najogólniej rzecz ujmując, chodziło o załagodzenie z Radiem Maryja, a koronnym dowodem mojej zdrady stały się felietony muzyczne, które zacząłem pisać do "Gazety Wyborczej", nie to miało charakter szczególny, że przeprowadzili go ludzie znikąd, że dokonali tego sposobem oszustwa i że w co drugim numerze zaczęli tam wylewać na moją głowę i na głowę Elżbiety Isakiewicz, mej zastępczyni, kubły pomyj produkowanych przez Łysiaka i jego szkółkę; ludzie znikąd muszą się uciekać do takich metod. Bardziej osobliwa była łatwość, z jaką owo szalbierstwo przełknięte zostało przez bezpośrednich świadków tych wydarzeń, oraz euforia, z jaką oddział lokalnych "autorytetów" (z Maciejem Rybińskim, Rafałem Ziemkiewiczem i Marcinem Wolskim na czele) powitał je w specjalnym liście hołdowniczym opublikowanym w gazecie, zaczynającym się mało gramatycznym zdaniem "Od trzech miesięcy w Gazecie Polskiej nastał nowy duch", a kończącym się buńczuczną myślą, że to teraz pierwszy periodyk IV RP i że jego utrzymanie pod obecnym kierownictwem to ich obowiązek wobec społeczeństwa i historii.

Gdy kłamstwo przekracza pewne granice, pozostaje już się tylko śmiać. Mógłbym zatem, skoro autorzy tego listu głoszą tak otwarcie, że społeczeństwu należą się pomyje, że odnowę należy zaczynać od oszustwa, że potrzeba również nowych kłamstw, wejść na moment w rolę żandarmerii, powziąć paskudne podejrzenie i zapytać ich, czy nie są aby sprytnie zakonspirowanymi strażnikami starego porządku, czy nie kieruje nimi przypadkiem perfidny zamiar zohydzenia IV RP i czy nie stoi za nimi Mosad, poseł Rokita lub nawet Wielka Loża Wschód. Tylko, że to już było. Gdy ćwierć wieku temu w Biuletynie Informacyjnym KOR rozprawiałem się z peerelowskimi młotami, obrałem ten właśnie styl. Dziś żal mi czasu na to, żeby przez resztę życia grzebać się w śmieciach i komentować kuriozalne epistoły. Rezerwując więc sobie prawo do tego, by jeszcze, gdy zajdzie potrzeba, w jakiś okolicznościach wyjątkowych zabrać głos, i uprzedzając o tym w szczególności fabrykantów oraz protektorów pomyj, zamykam niniejszym wątek swych zatrudnień w materii narodowej. Czas publicystki się skończył. Inteligent polski myśli tylko raz. Półinteligent - wcale.

Ale bilansując tak surowo swoje o s o b i s t e doświadczenia na tym polu, nie chciałbym ani ich nadmiernie uogólniać, ani pozwolić na to, żeby mi one przesłoniły cały świat. Odnieśliśmy wszyscy w ciągu tych ostatnich piętnastu lat gigantyczny sukces. Mamy wolną, suwerenną Polskę, wykształconą młodzież i całkiem przyzwoite perspektywy. Trzeba to rozumieć na przekór terrorowi czarnowidztwa. Trzeba to doceniać wbrew Partii Cnoty co to głosi, iż rok 1989 otwiera pasmo największych nieszczęść tego kraju, i wbrew Obozowi Poprawności Politycznej, w którym właśnie ogłoszono żałobę, bo w wyborach wygrał nie tamten, lecz ten. Media, które na początku lat dziewięćdziesiątych kontestowały gwałtownie wszystkie po kolei przejawy pluralizmu, od rodzenia się nowych partii, poprzez kampanie wyborcze do rutynowych sporów w parlamencie, i coraz to obwieszczały "brutalizację życia publicznego" (tak jakby wzorem kultury były rządy UB i SB, a szczytem elegancji jednomyślne głosowania w sejmie czasów PRL), niepotrzebnie znów wpadają w histerię. Powinny wreszcie, i to raz na zawsze, zaakceptować nieodłączne atrybuty demokracji: ostre kampanie wyborcze są rzeczą n o r m a l n ą, gry polityczne w parlamencie są rzeczą n o r m a l n ą, n o r m a l n e jest, że parta, która wygrała i chce rządzić sama, bierze wszystko, n o r m a l n e jest, że jeśli nie może rządzić sama, to musi wchodzić w rozmaite, również całkiem niemiłe, koalicje, n o r m a l n e jest, że jeśli z koalicji nic nie wychodzi, zarządza się przedterminowe wybory. Mediom nie wypada siać paniki, krakać, że nikt nie zgłosi się do urn, stan normalny nazywać stanem wyjątkowym. Polskie sprawy stoją dobrze. To tylko poglądy miewają się tu źle.

A co ze mną? A cóż teraz będę robić ja? Mam szczęście. Moja głowa nie składa się tylko z III i IV RP. Kto miał w ręku "Entuzjastę w szkole" czy "Życie z muzyką", kto jeszcze pamięta moje felietony z "Literatury" i "Tygodnika Powszechnego", ten o tym wie. Kawałki muzyczne, które ukazują się co dwa tygodnie tu, w "Gazecie Świątecznej", sprawiają mi nieopisaną frajdę. Będę szykować nowy, udoskonalony, poszerzony wariant swego krótkiego dziełka o Chopinie. I piszę od lat rzecz, którą zamierzam sprawić wszystkim niespodziankę, jako że jej przedmiotem jest Wszechświat cały, wysupłany z Nicości, administrowany przez Chaos, wsłuchany w Harmonię Sfer.

Piotr Wierzbicki



Historia pewnego zamachu
("Gazeta Wyborcza", 29 czerwiec 2005 r.)

Odsłona pierwsza

Jesień 2004 roku. Tomasz Sakiewicz, członek zarządu (dla ułatwienia zwany dalej Członkiem Zarządu) spółki, która wydaje "Gazetę Polską", informuje zarząd, że pozyskał dla gazety inwestora.

Oddychamy z ulgą. Rządy SLD odcięły tygodnik od najbardziej dochodowych reklam spółek z udziałem skarbu państwa. Brakuje pieniędzy na marketing. Pismo przynosi straty. Trwa walka o przetrwanie. Członek Zarządu zapewnia, że inwestor "Gazetę Polską" widzi wielką. Na razie chce wejść z milionem złotych, ale potem sypnie taką forsą, że ho, ho. Padają równie wielkie słowa: koncern, holding itp. Kopciuszek ma zostać królewną, czyli "Gazeta Polska" - medialnym potentatem.

Jesienią zmierzchy przychodzą szybko. Sprzyjają wizjom.

Odsłona druga

Przełom roku. Do akcji wkracza firma King & King, której właścicielami są Ryszard Żmuda i Paweł Solski (dla ułatwienia zwani dalej panami K.). Wieczór zapoznawczy zarządu z inwestorem odbywa się w hotelu Marriott. Inwestor objawia się w postaci właścicieli firmy King & King - dwóch facetów postury dobrze odżywionych rzeźników z jatki na osiedlowym bazarze. Jeden jest prawie łysy, drugi przeciwnie - ma warkocz po pas. Obydwaj w sygnetach, butach kowbojskich, frędzlach i kapeluszach a la Dziki Zachód.

- Boże święty - słyszę szept pobladłego redaktora naczelnego i prezesa zarządu w jednej osobie - Piotra Wierzbickiego.

Inwestor natomiast od pierwszej chwili mówi dużo i głośno. O tym, że wydobywa ropę w Kongu, dlatego jest milionerem. O tym, że jest konserwatystą, dlatego łożył na kampanię George'a W. Busha. O tym, że jest polskim patriotą, dlatego postanowił uratować "Gazetę Polską". - Bo ile można mieć kobiet, samochodów oraz willi? - zapytuje filozoficznie inwestor, wznosząc znudzony wzrok do nieba.

Piotr Wierzbicki upewnia się, czy inwestor zrozumiał, że "Gazeta Polska" jest niezależna od wszelkich partii politycznych i grup nacisku. Że ta niezależność to jej najświętsza zasada, a także chluba. Że statut spółki bardzo wyraźnie podkreśla, iż o zawartości gazety decyduje tylko i wyłącznie redaktor naczelny, nie zaś udziałowcy, podobnie jak o obsadzie redakcyjnych stanowisk.

Inwestor kiwa głową. Jest bardzo uprzejmy. W drugiej części spotkania skupia się na Kongu, gdzie życie toczy się wartko i nadzwyczaj barwnie. Reguły gry panują tam proste. Weźmy taki przykład. Prezydent Konga, też zresztą na K., dochodzi do wniosku, że nie pasuje mu jakiś minister. To co robi? Ano zaprasza go do siebie i strzela mu w łeb. Następnie ciało zostaje wrzucone do rzeczki nieopodal prezydenckiego pałacu, a w tej rzeczce pływają głodne krokodyle. W kilka dni później w miejscowej gazecie pojawia się wzmianka, że taki to a taki minister zaginął w niewyjaśnionych okolicznościach. W każdym razie zwłok nie znaleziono. Inwestor zapewnia, że z tym prezydentem robi interesy i jest z nim w doskonałych stosunkach.

Spotkanie się kończy. Wychodzimy. Wymieniamy ciężkie spojrzenia.

- To się źle skończy - mówi Piotr Wierzbicki.

- Tak. To się źle skończy - potwierdzam.

- Ale czy mamy inne wyjście?

- Nie mamy.

Wiemy, że jeśli nie zgodzimy się na dwóch panów K. z ich sygnetami, frędzlami i milionami, "Gazeta Polska" padnie.

Odsłona trzecia

Wiosna 2005 roku. Gazeta to gorący produkt - nie ma czasu na przestoje. Jest poniedziałek. Zamykamy numer. Jednym okiem śledzimy programy informacyjne, drugim schodzące z komputerów kolumny. Ślęczę nad jakimś tekstem. Wierzbicki ogląda wiadomości. Wchodzi Członek Zarządu. Mówi, że ma propozycję. Chce na to naszej zgody. Chodzi o kasę. Potężną kasę. Da ją jedna firma telekomunikacyjna, tylko trzeba pisać o niej tak, żeby nikt się nie zorientował, że to reklama. W języku dziennikarskim to się nazywa przekupne publikacje.

Baraniejemy. To my ze skóry wyłazimy, żeby w tej biedzie przetrwać, nie łamiąc elementarnych standardów, a ten tutaj gada, jakby się z choinki urwał. Jak dostaje reprymendę, wychodzi w milczeniu, skulony jakiś.

Życie płynie. Wiosna raz wybucha, raz łagodnieje. W kilka dni po tej propozycji złożonej Piotrowi Wierzbickiemu, akurat gdy wiosna rozkwita kasztanami, docierają do nas wieści, że jeden z udziałowców spółki wydającej gazetę, który powołuje się na Członka Zarządu, rozsyła do pozostałych, w sumie ponad trzydziestu osób, pismo. Zarzuca kierownictwu redakcji (pełniącemu również funkcje w zarządzie) nienowoczesne zarządzanie.

Niebawem udziałowcy dostają kolejny list. Członek Zarządu oskarża Piotra Wierzbickiego o kolaborację z "Gazetą Wyborczą". Jako dowód podaje felietony tegoż o muzyce.

To już jasne. Członek Zarządu wytoczył nam wojnę. Nie tylko na polu biznesowym (nienowoczesne zarządzanie), ale i ideologicznym (współpraca naczelnego z "Gazetą Wyborczą"). Jeszcze jedno jest jasne. Członek Zarządu nie działa sam. Pytanie, z kim gra i kto go wspiera, zaczyna być pytaniem retorycznym.

Odsłona czwarta

Kości zostają rzucone. Ponownie hotel Marriott. Umawiamy się z dwoma panami K. Niedługo szykuje się coroczne zebranie udziałowców, zatwierdzenie bilansu i tak dalej. K. wpłacili już część forsy i mają 20 proc. udziałów w firmie. Może już chcą przejąć gazetę?

Panowie K. znów mówią dużo i głośno. Szczególnie o tym ministrze, co go zlikwidował władca Konga. Panowie K. właśnie czekali na audiencję u władcy, gdy rozległ się strzał. Następnie prezydent wyszedł z gabinetu i zapowiedział, że będą rozmawiać w innym pomieszczeniu, bo tam (tu wskazał na gabinet) trzeba posprzątać. W chwilę później służba wrzuciła do rzeczki zwłoki zawinięte w kwiecisty dywan. Panom K. najwyraźniej ta historia bardzo się podoba, bo powtarzają ją drugi raz i trzeci. Rechoczą. Pytają, czy to prawda, że między "Gazetą Polską" a "Gazetą Wyborczą" trzy lata temu został zawarty tajny układ, i czy to prawda, że z tej okazji ja, Elżbieta Isakiewicz, piłam wódkę z Michnikiem - bo tak im doniósł Członek Zarządu. Przez ułamek sekundy chwytamy się jeszcze nadziei, że ci dwaj mają po prostu takie cholernie wysmakowane poczucie humoru. Ale nie, oni nie żartują. Dwaj panowie K. we frędzlach i kowbojskich kapeluszach, którzy objawili się jako zbawcy "Gazety Polskiej", są dla niej śmiertelnym zagrożeniem. Czy i kto ich nasłał, w gruncie rzeczy nie ma większego znaczenia.

Wychodzimy z Marriotta. Oddycham głęboko, rozglądam się wokoło. Wszystko jest rzeczywiste. To nie sen.

Odsłona piąta

Panowie K. się rozkręcają. Jest późny wieczór majowy. Dzwoni telefon. Jeden z panów K., ten łysy, oznajmia, że nie podoba mu się nowy kierownik działu krajowego. Nie wierzę własnym uszom. Oszalał czy co? Ale nie, on nie oszalał. On drze mi się w słuchawkę, że chce mieć w gazecie własnego kierownika działu krajowego. Dotąd był nim Członek Zarządu, ale z tej funkcji właśnie go zwolniliśmy. Nie mam zamiaru tłumaczyć się panu K. z decyzji redaktora naczelnego w sprawach personalnych i odkładam słuchawkę. Domyślamy się z Wierzbickim, że dział krajowy jest potrzebny panom K. do załatwiania jakichś interesów. Wiemy, że procesowali się z KGHM-em, przypuszczamy, że zależy im na kontraktach, a także na dobrych układach z prawicową władzą, która nastanie po wyborach. Niezależna "Gazeta Polska" im nie w smak - nigdy nie szliśmy na pasku żadnej władzy. Wydaje się, że los naszego tygodnika jest już przesądzony.

Wkrótce wychodzi na jaw, że drugi pan K., ten z warkoczem, instaluje w redakcji swoją czujkę. Działa w porozumieniu z Członkiem Zarządu, bez naszej wiedzy. Czujką jest syn pana K. Niby zajmuje się serwisem komputerowym, w istocie węszy. Jest wszędzie, kręci się przy łamaczach, w pokoju dziennikarskim.

Przygotowania do zamachu idą pełną parą.

Odsłona szósta

Wtargnięcie do drukarni. W poniedziałek, 3 czerwca, podejmujemy decyzję o opublikowaniu tekstu, w którym opowiemy o propozycji korupcyjnej złożonej nam przez Członka Zarządu. Tekst pisze Piotr Wierzbicki. To jedyny sposób powiadomienia udziałowców o przyczynach rozłamu w gazecie przed wyznaczonym na 9 czerwca zebraniem. To jedyny sposób powiadomienia czytelników. Wierzbicki kończy artykuł informacją, że pozbawia Członka Zarządu wszelkich funkcji w redakcji i że nie będzie on mógł wydrukować już w "GP" ani słowa. Ale ze spółki wydającej gazetę mogą usunąć go tylko udziałowcy. Takie jest prawo. Naczelny ma zamiar o to wnioskować.

Dwie strony tygodnika, pierwszą i trzecią, łamiemy poza redakcją. Nikt oprócz nas i Ewy Zarzyckiej, sekretarz redakcji, nie ma pojęcia o operacji. Obydwie kolumny są gotowe przed 10 wieczorem. W redakcji, jakby nigdy nic, łamane są strony "normalne".

Wypadki toczą się już szybko.

Godzina 23.30 - Piotr Wierzbicki i Ewa Zarzycka jadą do drukarni dopilnować druku gazety. Może właśnie ta niecodzienna obecność w tym miejscu samego naczelnego wzbudza czyjąś czujność?

Godzina 1.30 - wszystkie strony gazety są naświetlone, maszyny gotowe do rozruchu.

Godzina 2.00 - obydwoje redaktorzy rozmawiają z kierownikiem zmiany. Na wszelki wypadek Wierzbicki informuje, że tylko on odpowiada za zawartość gazety i bez jego wiedzy nie wolno zmienić nawet przecinka. Kierownik rozumie.

Godzina 3.00 - z maszyny schodzą pierwsze egzemplarze, pracownik techniczny potwierdza, że wszystko jest OK. Kwituje stosowny dokument. Maszyny ruszają pełną parą.

Godzina 3.30 - Wierzbicki i Zarzycka opuszczają drukarnię. Około 18 z 50 tys. nakładu jest już wydrukowanych. Gdy wsiadają do taksówki, nie wiedzą, że na ten moment czeka już Członek Zarządu z kilkoma pomocnikami. Jest wśród nich syn jednego z panów K.

Godzina 3.45 - Członek Zarządu krzyczy. Domaga się wstrzymania druku gazety, jak powie później kierownik zmiany w rozmowie z Ewą Zarzycką, "z takiego powodu, że przez pomyłkę naświetlono niewłaściwe kolumny". Kierownik nie wyraża zgody. Członek Zarządu wymachuje przed kierownikiem pieczątką członka zarządu. Kierownik każe mu dzwonić do dyrekcji drukarni.

Godzina 4.00 - zaspana dyrektor drukarni godzi się na wstrzymanie druku. Chce mieć jakąś podkładkę. Członek Zarządu pisze odręcznie na kartce, że druk trzeba przerwać, bo "to szkodzi firmie". Przystawia pieczątkę. Maszyny stają. Członek Zarządu wyrzuca tekst redaktora naczelnego i w to miejsce umieszcza dwa swoje. Maszyny znów ruszają.

Zaalarmowani faksem z Ruchu, że o ósmej rano "Gazeta Polska" jeszcze nie była gotowa do odbioru z drukarni, przyjeżdżamy tam błyskawicznie. Okazuje się, że nikt nie wie, co się stało z tymi 18 tys. egzemplarzy z tekstem Piotra Wierzbickiego. Dyżurujący pracownik napomyka coś o ciężarówce, która je zabrała, ale żadnego pokwitowania nie zostawiła. Prawdopodobnie wszystkie zostały zniszczone. Pewne jest, że do kolportażu trafił nakład oszukany. Z jednym wyjątkiem. Zabraliśmy z drukarni kilkaset egzemplarzy wybrakowanych, przeznaczonych na makulaturę i przechowaliśmy w piwnicy budynku na Filtrowej, gdzie mieści się redakcja. Nazajutrz przyjechał po nie przedstawiciel małej firmy kolporterskiej.

Tak więc tylko te kilkaset egzemplarzy właściwej gazety trafiło do czytelników. Wybrakowane, niewybrakowane, są to dziś jednak białe kruki.

Odsłona siódma

9 czerwca, Filtrowa. Zebranie udziałowców. Członek Zarządu rozdaje przybyłym... "Gazetę Wyborczą". Tego bowiem dnia "Gazeta" zamieszcza przedruk całego tekstu "Przychodzi Sakiewicz do Wierzbickiego".

- Kolega załatwił koledze - mówi Członek Zarządu, wręczając każdemu dowód zdrady narodowej Wierzbickiego.

Ktoś nieśmiało zauważa: - To tylko przedruk - ale zostaje przekrzyczany. "Gazeta Wyborcza" z przedrukiem z "Gazety Polskiej" staje się hitem. Przechodzi z rąk do rąk. - Zdrada. Zdrada - rzuca Członek Zarządu.

- Zdrada - przechwytują inni półgłosem, który wiruje w rozgrzanym powietrzu, miesza się z zapachem jaśminu przenikającym przez otwarte okna. Nikt nie zajmuje się treścią artykułu Piotra Wierzbickiego. Nikt nie interesuje się zawiadomieniem o przestępstwie zgłoszonym przez prawników "GP" do prokuratury w sprawie wtargnięcia do drukarni i strat poniesionych z tego tytułu przez spółkę. Panuje atmosfera linczu i pikniku.

Naraz do pomieszczenia, w którym odbywa się zebranie, wślizguje się jedna z naszych pracownic. Jest przerażona. Podaje mi kartkę: "W redakcji są jakieś obce typy. Osiłki. Nie chcą wyjść. Mówią, że są z młodzieżówki PiS".

Patrzę na twarze najstarszych udziałowców, tych, którzy przychodzili do nas 13 lat temu, wpłacając drobne kwoty, dla nas tak wtedy istotne. Kiedy ich pytaliśmy, dlaczego to robią, mówili o honorze, Bogu, ojczyźnie. Patrzę teraz, jak zajadają ciastka, raczą się napojami, patrzę na te twarze, teraz obojętne, obce, jakby nie było tych 12 lat "Gazety Polskiej" i jej udziału w kształtowaniu umysłów wolnych ludzi. Patrzę na te bliskie, znajome twarze, słyszę rechot jednego z dwóch panów K., który zapewnia otaczających go wianuszkiem udziałowców, że wkrótce sypnie nową forsą, słyszę słowa "zdrada, zdrada" kierowane do Piotra Wierzbickiego, bo pisze w "Gazecie Wyborczej" o Chopinie, Bachu i Mozarcie, i zastanawiam się, czy było warto zakładać tę gazetę, robić ją. I wtedy czuję dotyk dłoni siedzącej obok mnie udziałowczyni. Pamiętam ją. Była z nami od początku. Delikatna, drobna pani. Teraz ma w oczach łzy. - Dziękuję - nachylam się jej do ucha. Bo już wiem. To koniec. To koniec naszej "Gazety Polskiej". Nie czekamy końca zebrania. Trzaskamy drzwiami.

PS Członek Zarządu został p.o. redaktora naczelnego. Namawiając do współpracy z obecną "GP" rozmaitych autorów, twierdził, że zmiany w gazecie dokonały się za aprobatą kierownictwa PiS. Piotr Wierzbicki sądzi, iż gdyby zamach miał podtekst polityczny, to mogło chodzić o załagodzenie relacji z Radiem Maryja. "Gazeta Polska" była jedynym pismem na prawicy zwalczającym Rydzyka. W rozmowie, która odbyła się w ostatnią niedzielę z Piotrem Wierzbickim, Jarosław Kaczyński kategorycznie zaprzeczył, jakoby jego partia miała cokolwiek wspólnego z wydarzeniami w "GP". Zapowiedział zbadanie sprawy udziału przedstawicieli młodzieżówki PiS w przewrocie, a także wydanie stosownego oświadczenia dementującego twierdzenia Członka Zarządu.

Elżbieta Isakiewicz



Do Czytelników "Gazety Polskiej"
(15 czerwca 2005 r.)

Kiedy dwanaście lat temu zakładaliśmy "Gazetę Polską", przyświecało nam kilka ważnych celów. Ale najważniejsze było od początku jedno: żeby to było pismo prawdziwie niezależne i od grup trzymających władzę, i od grup trzymających biznes. Ideał ten został właśnie podeptany. W "Gazecie Polskiej" dokonano zamachu. To nie jest już nasze pismo.

Wszystkim, którzy czytali nas przez tych dwanaście lat, dziękujemy.

Kiedy zakładaliśmy "Gazetę Polską", byliśmy zupełnie sami. Dziś sami nie jesteśmy. Nie mogliśmy pożegnać się z Czytelnikami, ale czujemy ich siłę. To dla nich będziemy obecni nadal: w książkach, które wydamy, być może na łamach czasopism, które będą chciały drukować nasze teksty. Nie mówimy więc "żegnajcie".

Elżbieta Isakiewicz   Piotr Wierzbicki



Lubimy zaskakiwać
czyli
O co chodzi "GAZECIE POLSKIEJ"

(tekst Piotra Wierzbickiego z 42 (587) numeru "Gazety Polskiej" z 20 października 2004 r.)

Mówią, że to dziwna gazeta. Mają rację: nie pasujemy do schematów.

Jesteśmy radykalnymi liberałami w europejskim znaczeniu tego słowa. Naszym ideałem jest wolność. Nie ma wolności bez wolności gospodarczej. Jesteśmy więc reaganowcami, thatcherowcami, wyznawcami i popularyzatorami tego sposobu myślenia i działania, które w II RP reprezentował Andrzej Wierzbicki, animator polskiego przemysłu, a w ruchu "Solidarność" próbował odnowić nieodżałowany Mirosław Dzielski. Przyjęliśmy do wiadomości tę prawdę, potwierdzoną po stokroć przez praktykę, że jest tylko jedna droga, na której można zapewnić trwałe podstawy ekonomicznej pomyślności społeczeństwa: nie przeszkadzać ludziom w twórczym działaniu, dać szansę niewidzialnej ręce rynku, trzymać państwo na dystans od gospodarki, zatrzymać zgubny proces wykańczania prywatnych firm przez przepisy produkowane w ministerstwach. Problemem Polski nie są żadni "najbiedniejsi", wokół których tańczą prawie wszystkie partie. Problemem Polski jest ubóstwo ogółu społeczeństwa, zacofanie technologiczne, edukacyjne, cywilizacyjne kraju. Żadne rozdawnictwo, żadna kiełbasa wyborcza, żadna cudowna metoda dzielenia nie pomoże na to, że zarabiamy siedem razy mniej niż obywatele Niemiec, Francji, Holandii. Tylko gigantyczny wysiłek w y t w ó r c z y może zasypać tę przepaść. Aby rozdawać, trzeba przedtem m i e ć. Jesteśmy radykalnymi liberałami w europejskim znaczeniu tego słowa. Radykalni liberałowie w Polsce to ludzie niezmiernie konsekwentni.

Doktryna liberalna rozwiązała im wszystkie problemy. Od radykalnego liberała można śmiało tu dzisiaj oczekiwać niezłomnego przekonania, że jak będzie wolna przedsiębiorczość, to zaraz inne problemy poznikają, że poza gospodarką nic tak naprawdę się nie liczy, że zbędna jest nawet demokracja.

Ale my nie pasujemy do schematów.

Gospodarka nam świata nie przesłania. Nie sądzimy, że wszystkie problemy Polski rozwiąże katechizm liberała. Pogląd, że można wyrzucić demokrację, że dyktatura może być lepsza od demokracji, że niech Kowalski gnije w obozie pracy, byle Wiśniewski mógł być wolnym przedsiębiorcą, jawi nam się jako najbardziej piramidalna spośród bzdur wypowiedzianych w III RP. Traktujemy narodową suwerenność jako nienaruszalny fundament naszego życia. Polemizowaliśmy z publicystami, którzy namawiają polską dyplomację do zaniechania - w imię "solidarności", "braterstwa", "integracji" - obrony naszych partykularnych interesów, a nie zauważyli, że o swe partykularne interesy wojują w najlepsze wszystkie europejskie państwa i że za dymną zasłoną wzniosłych haseł prosperuje sobie w najlepsze nacjonalizm i hegemonizm dwóch europejskich potęg. Uznaliśmy za karygodne działania Francji i Niemiec prowadzące do uczynienia z Rosji arbitra w sprawach wojny, pokoju i moralności. Poddaliśmy ostrej krytyce tekst europejskiej konstytucji, której niektóre zapisy osłabiają pozycję Polski w unijnych strukturach. Dostrzegamy zasadniczą rolę narodowej pamięci w kształtowaniu międzynarodowej pozycji Polski, trzydniowe obchody Powstania Warszawskiego potraktowaliśmy jako wydarzenie wielkiej wagi. Pochwaliliśmy sejm za uchwałę w sprawie reparacji wojennych. Zdajemy sobie sprawę, że jak będziemy nadal siedzieć cicho, to niedługo każą nam się tłumaczyć, dlaczego napadliśmy na Hitlera. Tak się dziś w Polsce utarło, że kto głosi miłość do Polski najżarliwiej, że komu słowo "ojczyzna" "nie schodzi z ust", że kto najgoręcej nienawidzi naszych wrogów, ten ich znajduje na zgniłym Zachodzie, w Europie przenikniętej zepsuciem, w krwiożerczej Ameryce, w której mason na spółkę z finansistą z Wall Street przemyśliwają, jak opanować świat. Tak się jakoś w Polsce złożyło, że kto powtarza "suwerenność", "suwerenność", "niepodległość", to można od niego oczekiwać, iż najbardziej zamierza jej bronić przed najazdem okupantów z Liverpoolu, Marsylii, Neapolu, Toronto, Madrytu i Teksasu.

Ale my nie pasujemy do schematów.

Odrzucamy hasło "zgniły Zachód". Lubimy Zachód. Cenimy jego osiągnięcia gospodarcze i społeczne, jego cywilizację, jego kulturę. Popieraliśmy całym sercem wejście do NATO. Głosowaliśmy za przystąpieniem do Unii Europejskiej. Gdy krytykujemy hegemonistyczne ciągoty Francji i Niemiec, gdy odrzucamy konstytucję europejską, chodzi nam nie o to, by zaszkodzić Unii czy wyjść z Unii, tylko o to, by w niej znaleźć należne miejsce, by mieć wpływ na jej kształt. Sojusz ze Stanami Zjednoczonymi traktujemy jako fundament naszego bezpieczeństwa. Poparliśmy wkroczenie do Iraku, sprzeciwiamy się wycofaniu stamtąd naszych wojsk. Gdy słuchamy nauk ks. Rydzyka, gdy czytamy "Nasz Dziennik", gdy dowiadujemy się, że Europa Zachodnia i Ameryka, jedyne dwie w miarę uporządkowane ziemskie wysepki w morzu nędzy, wojen, represji, to siedlisko szatana, bierze nas pusty śmiech. My dobrze pamiętamy, że to nie "zgniły Zachód" wtargnął do nas w roku 1944, by niewolę wojskowej okupacji zastąpić tyranią obcej dominacji i nieludzkiego systemu.

W Polsce tak się jakoś przyjęło, że jak gazeta ma profil bardziej lewicowy, to sympatyzuje z Żydami, bierze ich w obronę, przedstawia ich punkt widzenia, a jak gazeta ma profil bardziej prawicowy, to z Żydami wojuje, oburza się na nich, ma im za złe, a w najlepszym wypadku tę kwestię dokumentnie ignoruje.

Ale my nie pasujemy do schematów.

Owszem, zdarzało nam się wojować z pewnym rabinem, co to urządzał awantury w polskich kościołach. Owszem, prostowaliśmy bzdury na temat "polskich obozów koncentracyjnych" produkowane przez ignorantów bądź oszczerców. Ale wszak Żydzi, którzy mieszkali w Polsce, zanim dosięgła ich machina Holokaustu, to byli polscy obywatele, nasi współbracia, uczestnicy naszej historii. Ale w ciężkich latach sowieckiej dominacji wszak to państwo Izrael, znienawidzone obok Ameryki najbardziej przez komunistycznych podpalaczy świata, dawało nam wszystkim przykład, jak trzeba się bić, jak można bronić niepodległości. A z jakiej to racji miałyby nas nie obchodzić losy polskich Żydów, a niby dlaczego nie mielibyśmy znaleźć w Izraelu przyjaciół, którzy zachowali piękną, żywą polską mowę, a Polskę w sercach jako ich drugą ojczyznę? I pewnie to kogoś trochę dziwi, bo przecież wielce narodowe pisemka już dawno namaściły Arafata jako naszego narodowego bohatera, zaś o palestyńskich terrorystach piszą tak, jakby to byli warszawscy powstańcy, ale my - z całym szacunkiem dla państwowych aspiracji Palestyńczyków - sympatyzujemy w tym konflikcie z Izraelem, takie mamy nieprawomyślne poglądy. Śmieszą nas szaleństwa politycznej poprawności. Gdy ktoś nas próbuje uczyć, jak mamy myśleć, zabrania nam używania pewnych słów, nakazuje nam kochać coś, co akurat napawa nas niesmakiem, widzimy w tym obrazę ludzkiego rozumu. Nie pociągają nas uroki feministek. Nie bardzo pojmujemy różnicę między praktykowaną w pewnych "postępowych" krajach upaństwowioną eutanazją a nazistowskim programem likwidowania zbędnych istnień ludzkich. Aborcji nie akceptujemy nie dlatego, że nie akceptuje jej Kościół, lecz dlatego, że zakaz "nie zabijaj" jawi nam się jako fundament ładu społecznego, kultury i cywilizacji. I schemat by teraz wymagał, że skoro tacy z nas w pewnych kwestiach konserwatyści, to szczególną estymą darzymy wszelkie ograniczenia i restrykcje, i bylibyśmy nie od tego, by tu w Polsce przykręcić śrubę.

Ale my nie pasujemy do schematów.

Jesteśmy wszak liberałami. Naszym ideałem jest wszak wolność. Tak jak nie życzymy sobie, by państwo prowadziło nas za rączkę, by indoktrynowało nasze dzieci, by wychowywało nas w programach telewizji, tak nie widzimy powodu, aby ktoś za nas decydował, kiedy mamy iść do sklepu na zakupy, albo cenzurował jakieś teksty czy obrazki w obronie naszej zagrożonej moralności. Wolność słowa stanowi dla nas wartość samą w sobie. Kłamstwo jest rzeczą straszną. Ale nawet kłamstwo nie powinno być karane, bo od wyrokowania, co jest prawdą, a co fałszem, nie jest ani sędzia, ani policjant, ani prokurator. Pukamy się w czoło, gdy słyszymy w sejmie chóry strażników cnoty, co to chcą dobrać się do dziennikarzy i wsadzać ich do więzienia za krytyczne teksty o politykach. Obowiązujące dziś w Polsce prawo pozwalające prokuraturze na ściganie z urzędu każdego, kto "obrazi" rządowego czy parlamentarnego dygnitarza, uważamy za sprzeczne z konstytucją (zwykli obywatele przecież nie mają tej ochrony) i obskuranckie. Do więzienia powinien iść przestępca, a nie ten, co próbuje mu się dobrać do skóry.

Nigdy nie wchodziliśmy w układy. Zdumiewały nas i gniewały zawsze zgubne w skutkach sojusze zawierane przez część elit solidarnościowych z byłymi władcami PRL. Bez taryfy ulgowej traktowaliśmy rządy solidarnościowe. Nie mieliśmy litości dla TKM. O tym, że Polskę zżerają afery, nie dowiedzieliśmy się dopiero z "afery Rywina". Były chwile, że walczyliśmy na raz ze wszystkimi. Były dni, że obrywaliśmy od wszystkich. Ogarniały nas myśli ponure. Kipi czasem w nas złość. Może by tak posunąć się o krok dalej i zakrzyknąć "Zdrada, zdrada, zdrada!"... Może by rozedrzeć szaty i plunąć na tę całą III RP... Może by powiedzieć wreszcie na głos, że to wszystko, co się zaczęło w roku 1989, to jedno pasmo strasznych nieszczęść, to upadek narodu polskiego, rozkradziony majątek, zniszczony przemysł, zamknięte huty i kopalnie... Może się tego właśnie oczekuje od gazety prawdziwie prawicowej?

Ale my nie pasujemy do schematów.

Wywodzimy się z tradycji niepodległościowych, solidarnościowych, a nie komunistycznych, peerelowskich, radzieckich. Wywodzimy się z KOR, ROPCiO, KPN, demokratycznej opozycji lat 70., a nie z gierkowskiego żłobu i jaruzelskich obozów oraz pałek. Przez usta nam nie przejdzie coś takiego, że w Polsce pod sowieckim butem było lepiej niż jest nam dzisiaj w Polsce, która jest wprawdzie źle rządzona, ale stała się państwem niepodległym, w której wprawdzie szaleje korupcja, ale nie morduje się księży, w której obywatel ma wprawdzie poczucie zawodu, ale przynajmniej nie jest niewolnikiem. Zaskoczyliśmy w pewniej chwili samych siebie: nauczyliśmy się doceniać to, co mamy.

Mówią, że to dziwna gazeta. Mają rację: robimy ją dla tych, którzy nie lubią schematów.

Piotr Wierzbicki



KOMUNIKAT
(9 czerwca 2005 r.)

Informuję, że 9 czerwca 2005 r. zrezygnowałem z funkcji redaktora naczelnego "Gazety Polskiej". Powodem rezygnacji był dokonany za zgodą większości udziałowców spółki wydającej gazetę zamach na jej niezależność, jej linię programową i przestrzegane w niej dotychczas zasady, które nie pozwalają na korumpowanie dziennikarzy.

Oświadczam, że pismo, które będzie się teraz ukazywać pod winietą "Gazety Polskiej", nie ma nic wspólnego z tą gazetą, którą zakładałem wraz z Elżbietą Isakiewicz i kierowałem przez 12 lat.

Piotr Wierzbicki



Przychodzi Sakiewicz do Wierzbickiego

okładka wstrzymanego numeru


poniższy artykuł
pochodzi z 23 (620) numeru
"Gazety Polskiej",
którego druk samowolnie
wstrzymał Tomasz Sakiewicz
(8 czerwca 2005 r.)

Późne popołudnie jednego z ostatnich dni kwietnia tego roku. Redakcja "Gazety Polskiej". Pokój zastępczyni redaktora naczelnego. Oglądamy z Elżbietą Isakiewicz jakiś telewizyjny program informacyjny.

Wchodzi Tomasz Sakiewicz, dziennikarz i zarazem członek zarządu Niezależnego Wydawnictwa Polskiego które jest wydawcą "Gazety Polskiej". Sakiewicz rozsiada się na krześle i składa nam następującą propozycję: Jest pewna firma telekomunikacyjna, która byłaby gotowa z nami współpracować - chodzi o duże pieniądze - ale stawia warunki: mamy pisać dobrze o jej produktach.

- Świetnie - odpowiadamy - od tego są przecież strony gazetowe oznaczone napisem "kolumna sponsorowana" bądź "reklama".

- Tylko że - informuje nas Sakiewicz - ich żądanie jest takie, żebyśmy pisali o nich dobrze nie na kolumnach oznaczonych napisem "reklama", ale w zwykłych tekstach naszych dziennikarzy. Robimy wielkie oczy. Nie możemy wykrztusić słowa.

- Pan nam, jeśli dobrze rozumiemy - odzywam się wreszcie - proponuje ni mniej ni więcej tylko coś takiego, żebyśmy wprowadzili w błąd naszych własnych czytelników; oni czytając teksty napisane na zlecenie, za pieniądze, będą myśleć, że zawarte tam pochwały płyną z przekonania autorów, że są bezinteresowne, p r a w d z i w e. Przecież to zwykłe oszustwo. Nie ma mowy.

- Jak ty w ogóle śmiałeś - podnosi głos wzburzona Elżbieta Isakiewicz - przyjść do nas z taką propozycją? Jak ty w ogóle śmiałeś pomyśleć, że my się możemy zgodzić na takie szalbierstwo, sprzedać się i zniszczyć cały nasz prestiż?

Sakiewicz spuszcza głowę i wychodzi.

Byliśmy w szoku. Wiemy, co to znaczy wychwalać cudze produkty za cudze pieniądze bez zaznaczenia, że to jest tekst sponsorowany, że to jest reklama. Wiemy, że tutaj każde odstępstwo od powszechnie obowiązujących zasad oznacza sprzedanie się, utratę wiarygodności, wyrzeczenie się niezależności, że każda przekupna publikacja jest to gotowość kłamstwa na zlecenie. Wiemy również, że gdy się traci niezależność w jednym punkcie, traci się ją we wszystkich, że jeden fałszywy krok to krok w przepaść. Rozumieją to wszyscy uczciwi dziennikarze we wszystkich mediach.

Byliśmy w szoku. Zdarzało nam się w "Gazecie Polskiej" popełniać błędy. Zdarzało nam się kibicować ludziom, którzy później - w ten czy w inny sposób - zawodzili. Zdarzała nam się pochopność i nieprzenikliwość w sądach. Ale nikt nami nigdy nie komenderował. Ale niezależność była dla nas zawsze największą świętością. Ale nigdy nie posunęliśmy się do tego, by z premedytacją oszukiwać czytelników. Ale nigdy nie uczynimy tego   z a   ż a d n e   p i e n i ą d z e.

Byliśmy w szoku. Zapewne jednak natłok rutynowych zajęć przy redagowaniu gazety kazałby nam przejść do porządku dziennego nad tamtym zdarzeniem i potraktować złożenie nam propozycji korupcyjnej w ten sposób, że był to głupi wyskok.

Stało się jednak inaczej. Okazało się, że to nie był wyskok. W czasie kilku kolejnych dni następuje seria alarmujących wydarzeń. W liście rozsyłanym do udziałowców gazety oskarża się nas o nienowoczesne zarządzanie firmą. Wychodzi na jaw, że już od wielu tygodni, jeśli nie miesięcy, nie próżnuje również p. Sakiewicz. Odbywa na mieście narady, jak by tu wyrzucić Piotra Wierzbickiego i Elżbietę Isakiewicz z "Gazety Polskiej", jako członek zarządu odpowiedzialny za sprawy finansowe posuwa się do sabotażu (nie poleca księgowości, aby przygotowała istotne dokumenty na doroczne zgromadzenie udziałowców), w końcu w piśmie rozesłanym niektórym udziałowcom atakuje linię programową "Gazety". Wydarzeniom tym towarzyszą dwa kolejne napady "nieznanych sprawców" na lokal naszej redakcji.

Istniejemy już od dwunastu lat. Różnimy się od innych gazet. Często idziemy pod prąd. Nie poszliśmy pod komendę żadnej partii. Lubimy zaskakiwać. Potrafimy rewidować swe poglądy. Potrafimy reagować na rzeczywistość. Nie pasujemy do schematów. Śmieszą nas szaleństwa politycznej poprawności, ale jesteśmy liberałami gospodarczymi. Nie zostawiamy suchej nitki na wynaturzeniach i draństwach III RP, ale doceniamy nasz wielki historyczny sukces: jesteśmy państwem niepodległym, ważnym składnikiem Zachodu. Popieramy lustrację, ale przypominamy uparcie, że ważniejsza jest dekomunizacja. Nie lubimy postkomunistów, ale nasze obrzydzenie wywołują również ludzie, którzy teraz odgrywają rolę wielkich patriotów i antykomunistów, a w PRL siedzieli jak mysz pod miotłą. Mamy powód, by bronić swojej gazety.

To, że p. Sakiewicz ma chrapkę na "Gazetę Polską", może wydawać się śmieszne. To, że te działania wpisują się we wrogą akcję wymierzoną w niezależność "Gazety Polskiej", nie jest zabawne. Przeżyliśmy już w naszej historii dwie takie próby: raz w roku 1993, gdy napaści "nieznanych sprawców" towarzyszyła agresja prokuratury, drugi raz, gdy "Gazetę" próbowali rozbić miłośnicy "Naszego Dziennika". Dzięki postawie naszych czytelników, dziennikarzy i udziałowców przetrwaliśmy. Wolno sądzić, że tym razem idzie i o linię polityczną "Gazety", i o pieniądze, że amatorom "przejęcia" "Gazety" idzie i o to, abyśmy w przeddzień wyborów skapitulowali wobec promoskiewskich, antyamerykańskich i antyeuropejskich narodowych katolików, i o to, byśmy pisali pod dyktando potężnych spółek.

Pragnę zapewnić Czytelników, że nic takiego nie nastąpi, że nie ukaże się w "Gazecie Polskiej" już ani jeden tekst p. Sakiewicza, że odebrałem mu prawo reprezentowania "Gazety Polskiej" w innych mediach i że każdy przyszły domorosły "Rywin", który by się ośmielił przyjść do nas z propozycją "pochwały za pieniądze", odejdzie z kwitkiem.

Piotr Wierzbicki